Kiedy przystępujemy do zdjęć na planie filmowym, zakładam że posiadamy już wizję tego, co zamierzamy nakręcić. Kiedyś starzy mistrzowie uczyli swych podopiecznych tego, że powinni wiedzieć co zamierzają sfotografować jeszcze zanim spojrzą w obiektyw i nacisną spust. Teraz jest zupełnie odwrotnie. Technologia umożliwia nam robienie nie tylko zdjęć, ale również świetnej jakości materiałów wideo za pomocą telefonów komórkowych. Na bieżąco otrzymujemy podgląd efektu końcowego, nie musimy czekać na odbitki z laboratorium. Dopiero po zrobieniu zdjęcia, czy nakręceniu ujęcia, zauważamy co można poprawić. Sądzę, że nadal warto trzymać się metody, która sprawdzała się przez ponad sto lat i nadal się sprawdza.
"Kiedyś zapytałem Akirę Kurosawę, dlaczego w filmie „Ran” kadrował ujęcie w pewien szczególny sposób. Odpowiedział, że gdyby przepanoramował kamerę o jeden centymetr w lewo, byłoby widać fabrykę Sony, a jeśli przesunąłby kamerę w prawo, byłoby widać lotnisko – żaden z tych obiektów nie był zgodny z epoką samurajów pokazywaną w filmie. Tylko osoba, która pracowała przy danym filmie, wie jaka decyzja wpłynęła na dany efekt."
(Sidney Lumet, „Making Movies” 1995)
Film pozornie różni się od fotografii tylko tym, że rejestruje ruchomy obraz, któremu towarzyszy dźwięk. Przy filmie również należy zadbać o odpowiednią kompozycję i oświetlenie, ale mając w świadomości nie pojedyncze ujęcie lecz ich serię – liczy się to jak poszczególne ujęcia będą tworzyć sekwencję. Przy planowaniu sekwencji ujęć niezastąpionym narzędziem jest storyboard, o którym pisałem w jednym z wcześniejszych artykułów. Wspomnę tylko, że zaoszczędza nam on czas na planie tracony na improwizowanie. Nawet jeśli pod wpływem impulsu chwili chcemy zmienić plan zdjęć, warto narysować wcześniej storyboard jako rodzaj zabezpieczenia przed brakiem inspiracji na planie.