Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Bond 007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Bond 007. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2025

Przyszły Bond w Erze Algorytmów

W 2025 roku prawa do bondowskiej serii trafiły do Amazon MGM Studios. Tymczasem na Amazonie ukazała się moja książka w anglojęzycznej, rozszerzonej wersji . Z tej okazji pokusiłem się o nakreślenie prognozy przyszłości agenta 007 w nowej rzeczywistości.

Era Daniela Craiga była odpowiedzią na świat po zamachach z 11 września, czyli świat asymetrycznej wojny z terrorem, wewnętrznej zdrady i moralnej niejednoznaczności. Jednak ten świat również odchodzi już do przeszłości. Nowy James Bond, ktokolwiek nim zostanie, wejdzie na geopolityczną szachownicę o zupełnie nowych zasadach, na której jego starzy wrogowie wydają się niemal sentymentalnym wspomnieniem. Kryzys zaufania do zachodnich instytucji, którego kulminacją był Brexit i wybory w USA w 2016 roku, pokazał, że wróg nie musi już przychodzić z zewnątrz. Może narodzić się wewnątrz, podsycany przez algorytmy i dezinformację. W tej nowej architekturze zagrożeń, nowa broń to nie satelita z laserem, lecz algorytm, który jest w stanie „przewidzieć intencje, pragnienia i zrozumieć kontekst”, by manipulować jednostkami i całymi społeczeństwami w sposób, przy którym afera Cambridge Analytica z 2018 roku wygląda jak amatorski eksperyment.

Nowy 007 stanie w obliczu potężnych, przenikających się sił, które na nowo zdefiniują naturę globalnego zagrożenia. Pierwszą z nich jest powrót rywalizacji między mocarstwami, określany jako „Druga Zimna Wojna”. Stara oś podziału na lewicę i prawicę zanikła, a jej miejsce zajęło starcie między autokracją a demokracją. Na tej nowej szachownicy Chiny stały się starszym partnerem, a Rosja młodszym. Ten konflikt toczy się na zupełnie nowym polu bitwy: globalnej współzależności ekonomicznej, w której walka toczy się o kontrolę nad infrastrukturą, finansami i, przede wszystkim, sieciami cyfrowymi. W tym starciu, miejsce głowicy nuklearnej może zająć walizka z najnowszymi chipami AI od firmy Nvidia, objętymi przez USA embargiem, by spowolnić rozwój chińskiej sztucznej inteligencji i modernizacji armii.

środa, 4 listopada 2015

WIDMO Jamesa Bonda


6. listopada polska premiera „SPECTRE”, czyli 24. odsłony przygód najsłynniejszego tajnego agenta. Poprzedni film o Bondzie pobił rekordy oglądalności zarabiając ponad miliard dolarów. Oczekiwania związane ze „SPECTRE” są więc tym większe. Szczególnie, że po pięćdziesięciu latach walk o prawa do wizerunku WIDMA na ekran powraciła najbardziej zbrodnicza organizacja na świecie (i nie tylko!).

W 1958 roku podczas podwodnych wypraw na wyspach Bahama Ivar Bryce zapoznał Kevina McClory z Ianem Flemingiem. McClory miał opinię obiecującego filmowca. Zależało mu na nakręceniu filmu przygodowego, w którym mógłby wykorzystać urok Bahamów, szczególnie w scenach podwodnych. Wkrótce pojawił się zarys fabuły autorstwa zaprzyjaźnionego Ivara Bryce’a, który gotów był zainwestować własne pieniądze w produkcję. W trakcie prac dołączył do nich Jack Wittingham a także inny przyjaciel Fleminga, prawnik Ernie Cuneo, który wspomagał go wcześniej pomysłami przy pisaniu „Goldfingera”. Cała piątka stworzyła nieformalną grupę Xanadu Productions, której celem było przeniesienie Jamesa Bonda na kinowy ekran. McClory zaproponował przedstawienie podwodnego świata oraz stworzenia geniusza zbrodni. Początkowo organizacją, z którą walczył Bond byli Rosjanie, następnie sycylisjka mafia, a w końcu syndykat składający się z różnych odszczepieńców o nazwie WIDMO. Scenariusz, w którym pojawił się Ernst Stavro Blofeld oraz WIDMO, powstał w trakcie dziesięciomiesięcznego okresu.

poniedziałek, 2 listopada 2015

SPECTRE – Bond powraca. Zawsze


„SPECTRE” kosztował ponoć 250 milionów dolarów a w ciągu tygodnia od światowej premiery zarobił ze sprzedaży biletów już 80 milionów. Czy zdoła pobić rekord miliarda dolarów wpływów osiągnięty wcześniej przez „Skyfall”? Póki co piosenka przewodnia Sama Smitha jako jedyna w bondowskiej historii trafiła na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów. Książka Michała Talarka „James Bond: SPEKTRUM filmowych interpretacji” przybliża więcej wyzwań dla producentów bondowskiej franszyzy, którą rozpoczęto ponad pięćdziesiąt lat temu.


Przed laty w poszukiwaniu magicznej formuły dla wyprodukowania złota alchemicy próbowali różnych metod. Dziś podobnie postępują wytwórnie filmowe, które pragną posiąść franszyzę mogącą okazać się żyłą złota. Szczególnie w XXI. wieku kinowe filmy w odcinkach stały się bardziej popularne. „Gwiezdne Wojny”, Opowieści Tolkiena, przygody Batmana, Spider-mana czy Harry’ego Pottera – to najbardziej zyskowne przykłady.

Nikt nie odniósł takiego sukcesu jak twórcy filmów o Bondzie, którzy już od ponad półwiecza posiedli sekret przemiany wybuchowych składników – takich jak egzotyczne miasta, atrakcyjne kobiety i zabójcze gadżety – na twardą walutę. Uwzględniając efekty inflacji bondowska franszyza jest najbardziej dochodową w historii kina a jej zyski w 2012 roku przekroczyły 13 miliardów dolarów.

poniedziałek, 26 października 2015

SPECTRE a początki Jamesa Bonda



Dziś w Londynie odbywa się królewska premiera „SPECTRE”, wyczekiwanej od trzech lat kontynuacji „Skyfall”. Scenarzyści sequela gęsto nawiązują do wątków z poprzednika. Ponoć wreszcie będzie okazja lepiej poznać pochodzenie agenta Jej Królewskiej Mości, którego dzieciństwo było dotąd ściśle tajne. Książka „James Bond: SPEKTRUM filmowych interpretacji” zawiera kilka poważnych tropów.

Życiorys powieściowego Bonda

Oglądając filmy uzyskujemy niewiele informacji biograficznych na temat agenta 007. Więcej okruchów możemy doszukać się czytając Fleminga. Rodzicami Bonda byli Szkot Andrew Bond i Szwajcarka Monique Delacroix (narodowości te odnajdujemy w powieści „Żyje się tylko dwa razy”). Fleming pisząc później o szkockim pochodzeniu inspirował się Seanem Connerym, który wbrew obawom pisarza spełnił jego wygórowane oczekiwania z nawiązką. Tymczasem imię i nazwisko matki Bonda pisarz zaczerpnął od pewnej Szwajcarki, z którą był niegdyś zaręczony.

Młody Bond dorastał w posiadłości Skyfall w Szkocji. Jego rodzice zginęli tragicznie podczas alpejskiej wspinaczki w Aiguilles Rouges koło Chamonix, a o ich wypadku poinformował go Kincade, opiekun domu. Po osieroceniu Bond zamieszkuje ze swoją ciotką Charmain we wiosce Pett Bottom pod Canterbury w hrabstwie Kent. Później - podobnie jak Fleming - Bond zostaje wyrzucony z Eton College, gdzie zdobył nagrody w zawodach atletycznych. Następnie uczęszcza do Fettes College, szkoły ukończonej przez swojego ojca. W tym samym czasie w ramach programu wymiany pobiera też nauki na Uniwersytecie Genewskim. Na wakacje jeździ do Kitzbühel w Austrii, gdzie jego mentorem jest Hannes Oberhauser, którego nazywał drugim ojcem.

piątek, 23 października 2015

James Bond: SPEKTRUM filmowych interpretacji

Moja najnowsza książka 
"James Bond: SPEKTRUM filmowych interpretacji"
 już w sprzedaży na Amazonie!

James Bond posiada zaskakującą zdolność przeżywania. Niezależnie od zmieniających się gustów widowni czy układu sił na arenie międzynarodowej. Od ponad półwiecza siódemka poprzedzona dwoma zerami to istotny element kultury popularnej i sprawdzony znak jakości gwarantujący niezapomnianą rozrywkę.

Publikacja zabiera Czytelnika w tematyczną podróż po świecie Jamesa Bonda, zarówno tym filmowym jak i zakulisowym. Autor przedstawia agenta 007 w kontekście towarzyszących mu kobiet, sojuszników, złoczyńców, gadżetów a także przybliża uwarunkowania historyczne składające na genezę postaci wykreowanej przez Iana Fleminga.

Treść obejmuje również liczne wyzwania stojące przed producentami najbardziej kasowej serii w historii kina. Autor na licznych przykładach przedstawia przeogromny wpływ franszyzy na przemysł rozrywkowy, nie zapominając o kontrowersyjnych produkcjach spoza oficjalnego kanonu.

To doskonały przewodnik dla rozpoczynających przeżywanie ekranowych przygód Jamesa Bonda, zaś dla jego fanów pozycja obowiązkowa!
KUP ON-LINE: zapłać w USD zapłać w EUR zapłać w GBP  zapłać w PLN

poniedziałek, 25 listopada 2013

Nieśmiertelna formuła Jamesa Bonda

Przed laty w poszukiwaniu magicznej formuły dla wyprodukowania złota alchemicy próbowali różnych metod. Podobnie dzisiaj postępują filmowcy, którzy pragną stworzyć serię filmów mogącą okazać się żyłą złota. Nikt jednak nie odniósł takiego sukcesu jak twórcy filmów o Bondzie, którzy już od ponad półwiecza wciąż sprzedają na nowo tę samą historię.


Sequele filmów przygodowych jeśli nie są odpowiednio modyfikowane to już po paru częściach zaczynają nużyć. Producenci Broccoli i Saltzman - dysponujący prawami do niemal wszystkich opowiadań Iana Fleminga - od początku zakładali, że nie skończy się na jednym filmie. Aby zwiększyć szanse na sukces do roli reżysera zaangażowali weterana filmów wojennych, Terence’a Younga, który znakomicie się wywiązał z powierzonego mu zadania. Po projekcji „Doktora No” z gratulacjami zadzwonił do niego sam Orson Welles. Oznajmił też, że jego film zmienił gramatykę kina, lecz inni będą próbować imitować jego styl i wkrótce będą robić to lepiej. Twórca rewolucyjnego „Obywatela Kane’a” wiedział co mówił – pięć lat później sam wziął udział w niezbyt udanej parodii przygód Bonda pt. „Casino Royale”, która obok innych „podróbek” takich jak „Operacja Kid Brother” próbowała zdyskontować sukces agenta 007. Filmy z Bondem jednak faktycznie wpłynęły na gatunek kina przygodowego tworząc podwaliny pod późniejsze hity Arnolda Schwarzeneggera czy Bruce’a Willisa.

W CIENIU ARCHETYPÓW CARLA JUNGA
Profesjonalni scenarzyści są dobrze zaznajomieni z ideą Monomitu zaproponowaną przez Josepha Campbella. W swej książce „Bohater o tysiącu twarzy” antropolog przekonuje, że do prostej struktury o przygodzie można sprowadzić każdą historię, tak jak robili to przed wiekami nasi przodkowie przy ognisku. Bohaterów z kolei można przyporządkować do postaci archetypów istniejących w każdej kulturze. Campbell - na podstawie indukcyjnej analizy opowieści z różnych zakątków świata a także badań Carla Junga - zaproponował „Podróż bohatera” jako uniwersalny wzorzec opowieści. Pod model ten można dopasować większość współczesnych filmów, nie tylko rozrywkowych. Filmy z serii „Gwiezdnych Wojen” czy „Indiany Jonesa” (który był spielbergowskim odpowiednikiem Bonda) są najwierniejszym przeniesieniem tej teorii na ekran. Szczególne miejsce w ramach Monomitu znalazła dla siebie struktura filmów o Bondzie, charakteryzująca się specyficzną formułą. [...]

niedziela, 20 października 2013

Znasz to imię, znasz ten numer

czyli znaki rozpoznawcze filmów o Bondzie

Niezwykle trudno jest stworzyć markę rozpoznawalną na całym świecie, lecz producentom filmów o przygodach agenta 007 ta sztuka udała się znakomicie. Już sam kryptonim szpiega stał się znakomitym znakiem towarowym, który pomaga sprzedawać ubrania, perfumy czy zabawki. Filmy o Bondzie stanowią wręcz benchmark dla innych produkcji kina przygodowego. Obok złoczyńców o megalomańskich skłonnościach, kobiet z kontrowersyjnymi imionami czy zaskakujących gadżetów istnieje parę elementów, na które widzowie wyczekują z utęsknieniem, a bez których trudno wyobrazić sobie film o Bondzie.


007
Numer agenta z licencją na zabijanie wymyślony przez Fleminga stał się tak cenny, że Saltzman i Broccoli uruchamiając produkcję serii stworzyli oddzielną firmę Danjaq, która miała strzec praw autorskich do znaków towarowych. Graficzna reprezentacja tego numeru wraz z towarzyszącym jej pistoletem stała się logiem dla wielu produktów poza filmami, a jego realną wartość marketingową ciężko nawet oszacować.
Znak ten towarzyszy również kampaniom reklamowym filmów, bywa że jest na nim opisywany tytuł poprzez wykorzystanie litery „o” jako substytutu cyfry O (jak w przypadku „Quantum of Solace” czy dokumentu „Everything or Nothing”). W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych mnożyły się podróbki filmów szpiegowskich próbujące wykorzystać ten kryptonim, czego w Polsce efektem był serial „07 zgłoś się”. Producenci starali się jednak dbać o swoje interesy i blokowali wszelkie tytuły mogące sugerować produkt bondopodobny. W końcu Bond jest tylko jeden. To dlatego po sześciu latach przerwy w kampanii reklamowej „GoldenEye” wykorzystano hasło: Znasz to imię, znasz ten numer. Fani wiedzieli o jakie imię i numer chodzi.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Bond i jego sojusznicy w obcych wywiadach

Zapotrzebowanie na wymianę tajnych informacji od zakończenia Zimnej Wojny wcale nie zmalało. Niedawno Edward Snowden przedstawił rewelacje na temat amerykańskich programów szpiegowskich, w które są zamieszane największe korporacje Doliny Krzemowej. Potwierdza to starożytną mądrość chińskiej sztuki wojennej: ten kto używa szpiegów może wygrać walkę bez walki. Nie inaczej jest w przypadku fikcyjnego świata Jamesa Bonda, który aby móc sprawnie działać potrzebuje wsparcia z zaprzyjaźnionych agencji wywiadowczych.


Według najnowszej biografii Jamesa Bonda – zaktualizowanej po restarcie serii przez „Casino Royale” – tajny agent nim uzyskał słynne dwa zera pracował dla wojska. Pomagał na przykład Amerykanom w poszukiwaniu broni masowego rażenia w Iraku i w uwolnieniu porwanego w Afganistanie przez Talibów badacza. Pracując później dla brytyjskiego wywiadu MI6 często korzystał z pomocy Amerykanów, co nie było podyktowane jedynie dramaturgią opowieści.

Nie tak dawno ujawniono informacje o tym, że w latach pięćdziesiątych dyrektor CIA Allen Dulles współpracował z Ianem Flemingiem. Relacja ta wykraczała daleko poza czytanie powieści w celu tworzenia nowych gadżetów. Dulles nakłaniał Fleminga do odmalowania pozytywnego obrazu agencji w książkach w czasie, gdy większość filmowców i dziennikarzy milczała na temat jej działalności. Budowanie dobrego PR było korzystne dla obu stron: Fleming zyskał wiarygodne źródło informacji operacyjnych, a CIA pozytywny wizerunek w kulturze popularnej. Książki o Bondzie były więc dla agencji tubą propagandową, ale pisarz i tak miał wolną rękę przy tworzeniu historii, gdzie to Brytyjczyk był zawsze o krok do przodu przed Amerykanami.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Dookoła świata z agentem 007

Filmy o Bondzie zna cały świat. Również najsłynniejszy tajny agent zna (niemal) cały świat. Produkcje z tej serii powstawały w takich zakątkach jak Bahamy, Meksyk czy Chiny a ich akcja toczyła się m.in. w Afganistanie, Boliwii, na Islandii, a nawet w… przestrzeni kosmicznej. Zanim wybierzemy się na wakacyjny urlop sprawdźmy czy przypadkiem nie jedziemy do miejsca naznaczonego symbolem 007.


Recepta na sukces serii była prosta: dajesz głównego bohatera w osobliwe lokacje, otaczasz go pięknymi kobietami i pokazujesz akcję tak szybko, by widz nie mógł się dopatrzeć dziur w scenariuszu. Wynurzenie się Ursuli Andress z morza w „Doktorze No”, czy pościg na lodzie w „Śmierć nadejdzie jutro” nie byłyby tak interesujące, gdyby nie umiejscowienie akcji. Kiedy tworzono pierwsze filmy o Bondzie nie było jeszcze kolorowej telewizji ani tanich linii lotniczych, więc egzotyczne miejsca można było zobaczyć jedynie kupując bilet na Bonda.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Rodzina Bonda z MI6

MI6, czyli brytyjski wywiad, jest odpowiednikiem amerykańskiej CIA. Nazywany jest również zamiennie SIS, czyli Secret Intelligence Service, Tajną Służbą Jej Królewskiej Mości, zaś pisarz John le Carré określa go mianem… Cyrku. Od 50 lat MI6 niejako stanowi rodzinny dom, a M, Moneypenny i Q rodzinę dla osieroconego w dzieciństwie agenta 007.
W pierwszych filmach o Bondzie MI6 często korzystał z przykrywki firmy Universal Exports i taką też nazwę możemy dostrzec na szyldach siedziby. Agent wykonując swe misje miał do dyspozycji firmowe wizytówki, a jej – nomen omen – uniwersalna nazwa pasowała praktycznie do każdej okazji. Właściwy budynek wywiadu pokazano dopiero w 1995 roku w filmie „GoldenEye”, choć podobno prawdziwy MI6 był temu przeciwny tłumacząc się względami bezpieczeństwa. Jednak Minister Spraw Zagranicznych uznał, że chociaż w taki sposób powinni podziękować za to co James Bond zrobił dla ich dobrej sławy. Od tamtej pory charakterystyczna budowla przy Vauxhall Cross nad Tamizą stała się jednym z głównych miejsc akcji a dwukrotnie była nawet celem zamachów (w „Świat to za mało” i „Skyfall”).

środa, 15 maja 2013

James Bond vs reszta świata

Im mocniejszy jest przeciwnik głównego bohatera, tym lepiej dla filmu. Zasada ta znajduje potwierdzenie szczególnie w przypadku serii filmów o Jamesie Bondzie, gdzie rola złoczyńcy oferuje zapadającą w pamięć kreację. Wśród aktorskich znakomitości, których skusiła ciemna strona znaleźli się dotąd m.in. Christopher Lee, Telly Savalas, Christopher Walken, Sean Bean i Javier Bardem.

Polityka go nie tyka
[...] Warto zwrócić uwagę, że kryminalne czy polityczne organizacje potraktowano w filmach dość ostrożnie. Zwykle tworzono fikcyjne grupy, dzięki temu nikt nie mógł czuć się obrażony, a filmy się nie starzały. Wątki pochodzącej z kart powieści Fleminga sowieckiej organizacji Smiersz, uznano za zbyt polityczne, więc zastąpiono ją fikcyjnym Widmem. O ile w prawdziwym świecie istniało zagrożenie ze strony ZSRR, to w filmach ukazywano je jako rywalizację supermocarstw. Planów morderstw czy zagłady nigdy nie przypisywano prawdziwym państwom, a jeśli już ukazywano skorumpowanie całego rządu, to na potrzeby filmu wymyślano takie państwa jak Isthmus, San Monique czy Nambutu. Odpolitycznienie zwiększało szanse na sukces kasowy. W końcu – jak mówił Dr No – Wschód i Zachód to tylko kierunki na kompasie. [...]

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

007: Dziewczyny Bonda – dobre, złe, ale zawsze piękne

Czy filmy o przygodach Jamesa Bonda cieszyłyby się taką popularnością, gdyby nie występujące w nim dziewczyny? Każdy bohater kina akcji potrzebuje obiektu romansu, a Bond jest przypadkiem szczególnym. Nie odmawiając sobie przyjemności wyciska z kobiet potrzebne informacje, a później je porzuca. I twierdzi, że wszystko to w imię służby dla Jej Królewskiej Mości.

PLAYBOY PEWNEJ EPOKI
Co ciekawe, publikacja pierwszej książki o Bondzie nastąpiła w tym samym roku co uruchomienie pierwszego pisma dla mężczyzn – Playboya. Obie publikacje promowały etos łatwego i wolnego seksu, a agent 007 najlepiej uosabiał wizerunek playboya. Było tylko kwestią czasu, by obie instytucje nawiązały bliższe stosunki. Wkrótce nastały lata 60. i rewolucja seksualna dała społeczne przyzwolenie na korzystanie z życia. Pismo publikowało opowiadania Iana Fleminga, a prezentowanie wdzięków aktorek stało się tradycyjnym elementem promocji filmów.

poniedziałek, 4 marca 2013

Rajdowe przygody 007

W historii filmów o Jamesie Bondzie przewinęło się mnóstwo świetnych samochodów, spośród których trzy marki wyjątkowo zapadły w pamięć. Sean Connery jeździł Astonem Martinem, Roger Moore Lotusem, a Pierce Brosnan BMW. Oczywiście bez wątpienia pojazdem najbardziej utożsamianym z agentem 007 jest Aston Martin, szczególnie w klasycznej wersji DB5.

Masz licencję na zabijanie, nie na łamanie przepisów drogowych.
Q

Dziś ciężko sobie wyobrazić superbohatera bez odpowiedniego samochodu, ale w roku 1962, gdy na ekrany wchodziła pierwsza część przygód Jamesa Bonda, bohater filmu jeździł dość popularnym na Jamajce modelem Sunbeam Alpine. Kabriolet nadawał się zarówno na randkę, jak i do pościgu. W filmie „Pozdrowienia z Rosji” Bond wybrał się na piknik 4,5 litrowym Bentleyem z ‘33 roku (choć niespotykanie jak na tamte czasy wyposażonym w telefon) i był to pojazd najbliższy książkowej kreacji Fleminga. We wszystkich powieściach Bond jeździł bowiem Bentleyem (model Mark IV nigdy nie istniał i został wymyślony przez pisarza na własne potrzeby), ale był to pojazd zbyt mało atrakcyjny, by podbić kinową publiczność. I wtedy właśnie zaczęto kręcić „Goldfingera”, film który do dziś wyznacza standardy szpiegowskich przygód.

czwartek, 20 grudnia 2012

Bond o Bondzie

50 lat w służbie Jej Królewskiej Mości

Roger Moore zyskał światową sławę jako odtwórca postaci Jamesa Bonda występując w aż siedmiu częściach tej najdłuższej filmowej serii. To daje mu niezaprzeczalną licencję na… pisanie książek w postaci wspomnień. W 2008 roku aktor mogący się poszczycić szlacheckim tytułem napisał autobiografię „Nazywam się Moore, Roger Moore”, która sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy. Wspomnienia te były pełne ciepła, autentycznej refleksji i… ciętego humoru. Nie inaczej rzecz się ma w przypadku jego kolejnej książki.

Pozycja „Bond o Bondzie” powstała z okazji jubileuszu pięćdziesięciolecia istnienia kinowej serii o agencie 007. Roger Moore tym razem postanowił zabawić się w przewodnika i kronikarza, bo oprócz filmów w których sam zagrał, opisuje też poczynania swoich poprzedników i następców. Z właściwym sobie dystansem zawsze zdrabnia imię głównego bohatera książki z Jamesa na Jimmy’ego oraz przytacza zabawne anegdoty z planów filmowych. Wspomina na przykład, że między zdjęciami lubił palić cygara, które musiał sam kupować, bo wbrew pogłoskom nie były zagwarantowane w kontrakcie. Ilekroć zapalał nowe cygaro jego asystent informował go, że kamery już są gotowe i reżyser prosi go na plan. Moore wręczał mu do potrzymania cygaro i udawał się na plan, po czym wracał zły bo ekipa nie była jeszcze gotowa a tymczasem jego asystent w wygodnym fotelu smakował jego cygaro.

niedziela, 9 grudnia 2012

007: Być Bondem – marzenie czy przekleństwo? cz.2

Kiedy Roger Moore wcielał się po raz pierwszy w postać Jamesa Bonda, mógł już pochwalić się międzynarodową sławą zdobytą dzięki serialowi o „Świętym”. Kolejna seria, tym razem na dużym ekranie, na trwałe zapisała jego nazwisko w historii kina. Jego pomysł na wizerunek tajnego agenta 007 oferował widzom nową jakość, nastawioną bardziej na dobroduszną rozrywkę. Scenarzysta Tom Mankiewicz wspominał, że kiedy do roli Bonda ostatecznie został wybrany Roger Moore, trzeba było dostosować pod niego gotowy już scenariusz. Wycięto między innymi charakterystyczne dla Seana Connery’ego sceny z Martini. Connery będąc z dziewczyną w klubie mógł ją pocałować lub równie dobrze wbić jej nóż w plecy i był przy tym wiarygodny. W przypadku Rogera Moore’a – jak tłumaczył scenarzysta - wyglądałoby to okropnie. Aktor miał duży dystans do siebie, więc czasem żartował, że wykonywał samodzielnie wszystkie sceny kaskaderskie oprócz scen łóżkowych.

W 1983 roku, gdy Roger Moore zagrał w „Ośmiorniczce” media rozpisywały się o kinowym pojedynku agentów 007, bo przy współpracy Connery’ego powstał konkurencyjny dla oficjalnej serii film „Nigdy nie mów nigdy”. Ponieważ obaj aktorzy byli już mocno po pięćdziesiątce, pojawiły się sugestie o konieczności ich przejścia z kina akcji na emeryturę. Co ciekawe, filmy nie konkurowały ze sobą bezpośrednio gdyż były dystrybuowane w kilkumiesięcznym przedziale czasu, a zyskały podobną ilość wpływów z biletów. Dla Connery’ego było to siódme i ostatnie filmowe spotkanie z bohaterem powieści Iana Fleminga. Dla Rogera Moore’a, który jak się wkrótce okazało, również siedmiokrotnie zagrał Bonda, była to przedostatnia przygoda w serii.

W przeciwieństwie do Connery’ego Moore świetnie czuł się jako gwiazdor w kinie rozrywkowym. Nie potrzebował jak Connery potwierdzać swojego aktorstwa w tak poważnych filmach jak „Imię róży” czy „Nietykalni” (za który zdobył Oskara). Moore za to odnalazł swą pasję w pozafilmowych obowiązkach otoczonego coraz większym kultem agenta 007 jako ambasador marki: brał udział w jubileuszach, akcjach charytatywnych czy filmach dokumentalnych. Zresztą zmuszało go do tego przyzwyczajenie do luksusu i kosztowne rozwody. W październiku tego roku ukazała się książka jego autorstwa podsumowująca wszystkie filmy w serii. Wspominał, że zainteresowanie mediów Jamesem Bondem było tak duże, że zaczął sobie żartować z mało oryginalnych pytań powtarzanych przez kolejnych dziennikarzy. Zapytany czy prywatnie również wiedzie takie życie jak Bond oświadczył, że nie poluje na szpiegów w ogródku, tak samo jak po powrocie do domu ze spektaklu gdzie gra Otella nie zabija swojej żony (ale po zastanowieniu dodał, że w przypadku niektórych nie byłby to zły pomysł).

W 1985 roku tuż po premierze filmu „Zabójczy widok” Roger Moore oficjalnie zrezygnował z kontynuowania serii. Wraz z przygotowaniami kolejnego scenariusza rozpoczęto casting na nowego Bonda. Do producentów odezwał się wtedy George Lazenby, który zapowiedział że gdyby go potrzebowali, to jest do dyspozycji. Oczywiście nikt nie potraktował jego propozycji poważnie. Faworytem był Pierce Brosnan, który właśnie skończył grać w serialu „Detektyw Remington Steele”. Uwagę producentów zwrócił na siebie kilka lat wcześniej, gdy jego żona pojawiła się w „Tylko dla twoich oczu” u boku Rogera Moore’a. Miał już za sobą role szpiegów w filmowych adaptacjach powieści „Czwarty protokół” czy „Noble House” i świetnie się prezentował w smokingu. Przez trzy dni kręcono z nim zdjęcia próbne na których wypadł znakomicie. Brosnan niemalże został publicznie ogłoszony nowym Bondem. Ale wtedy o jego planach dowiedzieli się szefowie telewizji i ogłosili wznowienie serialu z jego udziałem, do czego ten był zobligowany kontraktem. W przypadku Bonda historia lubi się jednak powtarzać, bo po dziesięciu latach Brosnan dostał wymarzoną rolę. Tymczasem agenta 007 zgodził się grać Timothy Dalton, który niemal dwie dekady wcześniej odrzucił propozycję. Teraz jednak zdążył już, jak to określił, dojrzeć do roli.

Dalton z niewielkim dorobkiem filmowym uchodził wtedy za aktora teatralnego. Podszedł poważnie do swojego zadania, bo przeczytał wszystkie powieści Iana Fleminga. Chciał, żeby jego interpretacja postaci była bardziej poważna i niebezpieczna, tak jak w książkach. Widzowie, którym przeszkadzały niektóre gagi niskich lotów w poprzednich filmach, czuli się usatysfakcjonowani odmianą. Pierwszy film z Daltonem zarobił więcej niż dwa ostatnie z Moore’em. Dalton nie był mistrzem ciętych ripost, ale wyglądał w swej roli przekonująco. Rzadko się uśmiechał, i - podobnie jak książkowy Bond - miał szczere wątpliwości co do swojej profesji. Pił z cierpienia by zapomnieć o rzeczach, które musiał robić jako szpieg. Niektórzy jednak widzieli w jego byronowskiej interpretacji wypalonego pracownika tajnych służb, który pilnie potrzebował pomocy psychiatry. [...]
więcej w styczniowym numerze Digital Vision

sobota, 3 listopada 2012

007: Być Bondem – marzenie czy przekleństwo?

Daniel Craig już po raz trzeci założył smoking by skorzystać z licencji na zabijanie w najdłuższej serii przygodowej w historii kina. Przez minione pięćdziesiąt lat w postać agenta 007 wcielało się aż sześciu aktorów. Wyborowi każdego kolejnego aktora towarzyszyły duże emocje, gdyż pierwszy Bond - Sean Connery dla wielu kinomanów wciąż jest niedoścignionym wzorem i idealnym wyobrażeniem książkowego bohatera z powieści Iana Fleminga. Nie będziemy jednak dociekać, który z sześciorga aktorów wypełnił swe ekranowe obowiązki najlepiej. Prześledzimy jednak okoliczności, w jakich poszczególni aktorzy stawali się Bondem oraz konsekwencje tych wyborów.

James Bond to fikcyjna postać literacka stworzona przez Iana Fleminga na początku lat pięćdziesiątych. Autor opisywał agenta 007 bardziej poprzez działanie i zwyczaje, niż charakterystykę i wygląd. Podobno najbliżej jego filmowego wyobrażenia był brytyjski aktor David Niven, ale gdy przystąpiono do kręcenia pierwszej części nie był brany pod uwagę ze względu na swój wiek. Niven, który wcielił się później w rolę emerytowanego 007 w parodii „Casino Royale” z 1967 roku, był typem snobistycznego dżentelmena o nienagannych manierach. Dla producentów filmów o Bondzie - Harry’ego Saltzmana i Alberta R. Broccoliego - faworytem był Cary Grant: amerykański amant znany m.in. z filmów Hitchcocka. Grant, który był przyjacielem i drużbą na ślubie Broccoliego i zgodziłby się zagrać rolę, ale tylko w jednym filmie. Nie odpowiadało to oczekiwaniom pokładanym w potencjale powieści Fleminga, gdzie zakładano nakręcić serię filmów z jednym aktorem.

Broccoli i Saltzman szukali kogoś, kto oprócz fizycznych atutów podpisałby kontrakt na kilka kolejnych produkcji. Roger Moore, który choć spełniał oczekiwania widzów, był związany kontraktem na telewizyjny serial „Święty”. Legenda mówi, że każdy kolejny aktor grający Bonda miał za sobą jedno nieudane podejście, najczęściej spowodowane innymi kontraktami. Nie było tak tylko z Danielem Craigiem, i Seanem Connerym, którego Dana Broccoli zobaczyła w filmie „Darby O’Gill i krasnoludki”.

Pochodzący ze Szkocji Connery imał się takich zajęć jak rozwoziciel mleka, polerowacz trumien czy kierowca, dopóki nie został modelem i kulturystą. Brakowało mu ogłady i elegancji, ale miał w sobie potencjał na bohatera kina akcji. Producenci, którym spodobał się jego dynamiczny sposób poruszania, potraktowali go jak nieoszlifowany diament. Reżyser Terence Young, który sam prowadził życie podobne do książkowego Bonda, podjął się wyszkolenia Connery’ego. Jako mentor „zabrał go na kolację, pokazał jak chodzić, jak mówić a nawet jak jeść”. Chodził z nim po najlepszych krawcach, uczył smakowania wina oraz zasad etykiety. Opłaciło się, bo nikomu nieznany Connery szybko stał się idolem kinomanów i bożyszczem kobiet, ale także prawdziwym Bondem.

Sean Connery zagrał w pięciu kolejnych filmach wyznaczając standardy roli na kolejne lata. Jego zdecydowana, ale pełna dystansu do siebie gra, była istotnym składnikiem sukcesu serii i punktem odniesienia dla konkurencji. Jednak przeszkadzała mu nadmierna obecność dziennikarzy i utożsamianie go z postacią Bonda w materiałach reklamowych. Sam zaczął interesować się udziałem w poważniejszych filmach u Hitchcocka czy Lumeta, w czym z pewnością pomogła mu zdobyta dzięki Bondowi międzynarodowa sława.


Tuż po premierze filmu „Żyje się tylko dwa razy” rozpoczęto poszukiwania kolejnego Bonda. Mocnym kandydatem był Timothy Dalton, który później wspominał, że czuł się wtedy zbyt młody. Dużym ryzykiem był wybór George’a Lazenby’ego – australijskiego modela i sprzedawcy samochodów, który w portfolio miał jedynie reklamę czekoladek. Na rozmowie nakłamał na temat swoich udziałów w czechosłowackich i jugosłowiańskich produkcjach, ale wypadał nadzwyczaj wiarygodnie w scenach walki. Jednemu z kaskaderów na castingu wybił zęba. Lazenby nigdy nie grał w filmach i sądził, że aktorzy wykonują wszystkie sceny kaskaderskie. Reżyser Peter Hunt był w szoku, gdy aktor wyznał mu, że nigdy nie grał w filmach. Uznał jednak, że jego doświadczenie jako montażysty pomoże mu zamaskować niedoskonałości debiutanta. Wybitnie pewny siebie aktor powodował jednak sporo problemów, gdy uwierzył że jest gwiazdą. Z reżyserem porozumiewał się przez pośredników. Wkrótce też zrezygnował z dalszych filmów. Uwierzył swojemu agentowi, że w epoce Dzieci Kwiatów ludzie nie będą oglądać kojarzonego z konserwatywnym rządem bohatera. Od tamtej pory pojawił się w kilku filmach akcji z Hong-Kongu (miał grać u boku Bruce’a Lee w „Grze śmierci), erotycznej serii o Emannuelle, ale także licznych parodiach przygód agenta 007. Jego nazwisko odtąd służyło na określenie kogoś, kto nie sprostał roli i oczekiwaniom fanów (jak np. George Clooney jako Batman). Jak sam powiedział w sekwencji otwierającej swego jedynego filmu o Bondzie: To się nie zdarza innym facetom. [...]

więcej w grudniowym numerze Digital Vision


piątek, 5 października 2012

007: licencja na gadżety


Dziś mija równe 50 lat od premiery pierwszego filmu o Jamesie Bondzie. Kiedyś w jednym z moich felietonów w DiVi wspomniałem o futurystycznych gadżetach Bonda sprzed dekady, które zdążyły już się zmaterializować w cyfrowym świecie (m.in. o przezroczysty samochód Mercedesa). Jedne gadżety zdążyły na dobre się zadomowić w naszym życiu, inne do dzisiaj pobudzają wyobraźnie, lub też uśmieszki politowania. Premiera najnowszej części przygód agenta 007 pt. „Skyfall” to jednocześnie jubileusz 50-lecia istnienia najdłuższej serii w historii kina. Warto z tej okazji przypomnieć jak przez minione pół wieku filmy o Jamesie Bondzie wpłynęły na nasze oczekiwania względem technologii.


Kim jest James Bond - tego nikomu nie trzeba wyjaśniać. Postać ta na stałe zapisała się w historii popkultury. Jednak kim byłby James Bond bez swoich gadżetów? Zapewne kolejnym wyposażonym w broń, mięśnie i inteligencję bohaterem filmów akcji, jakich regularnie dostarcza nam Hollywood. Jednak James Bond ma coś co go wyróżnia. Jako postać powstał za sprawą Iana Fleminga, byłego członka brytyjskiego wywiadu wojskowego. Pisarz, chcąc urozmaicić sobie życie na Jamajce, zaczął pisać książki bazując na osobistych doświadczeniach i wiedzy wyniesionej ze służby. Wtedy też, w czasach Zimnej Wojny, szpiegostwo nabrało nowego, bo globalnego znaczenia. Sowieccy intryganci byli głównym przeciwnikiem Zachodniego świata, a szpiedzy mieli do swej pomocy liczne gadżety, choć nie tak wyrafinowane jak te znane nam z filmów. Nóż sprężynowy w parasolce, aparat fotograficzny w zapalniczce Zippo czy fałszywe dno w piance do golenia - im bardziej przedmiot wyglądał zwyczajnie, tym mniej budził podejrzeń.

Jednak producenci filmów o Bondzie postanowili uczynić podstawowe akcesoria agentów jeszcze bardziej efektownymi, tak aby obok seksownych dziewcząt i uroczych lokacji pogłębiać nasze pragnienia. Nie obyło się to bez wpływu na świat realny – wywiady obu obozów starały się szukać inspiracji w literaturze i filmach. W centrali KGB uważnie analizowano filmy o Bondzie w celu przechwycenia nowinek technologicznych i skopiowania co ciekawszych gadżetów. Bardzo możliwe, że w filmach tych prezentowano wyolbrzymione możliwości sprzętu, by w ramach Wyścigu zbrojeń (tak jak przy reaganowskim programie Wojen Gwiezdnych) zasiać w KGB wątpliwość co do realnej potęgi Zachodu. Również CIA poszukiwała inspiracji w fikcji literackiej licząc na wyobraźnię pisarzy. Bohater „Trzech dni kondora” był pracownikiem tajnej komórki wywiadowczej, która zajmowała się… czytaniem powieści szpiegowskich. Jej zadanie polegało na wynotowywaniu informacji, które w znaczący sposób usprawniłyby pracę Agencji.

W końcu czy my, zwykli śmiertelnicy, również nie chcielibyśmy skorzystać z paru niewinnych szpiegowskich gadżetów, które ułatwiłyby nam życie? Jednym z nich z pewnością byłaby obrotowa tablica rejestracyjna z filmu „Goldfinger”, która pozwalała nie przejmować się ograniczeniami prędkości. Podobno jej inspiratorem był reżyser filmu Guy Hamilton, któremu bardzo często trafiały się mandaty za zbyt ciężką nogę na gazie. Zaawansowane nowinki takie jak laser były niezwykle tajemnicze i a wyobraźnia dopowiadała resztę… ale tylko w czasach powstania filmów. Wtedy właściciel laseru taki jak Auric Goldfinger czy Blofeld, mógł faktycznie zagrażać bezpieczeństwu świata, zupełnie jakby posiadał bombę atomową. Obecnie laser jest już w każdym domu – służy do odczytywania płyt CD lub… do zabawy z kotem. Przyjrzyjmy się zatem najciekawszym gadżetom z filmów o agencie 007, które nadal wzbudzają najwięcej emocji.

...

więcej w listopadowym numerze Digital Vision


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Technologia jutra we wczorajszych filmach


Niedawno w ramach wiosennych porządków pakowałem swoje filmy na DVD, nośnik juz rzadko używany. Wszystko jest online, nawet Youtube zwiększył limit trwania przesyłanych filmów, spada zaś liczba klientów wypożyczalni. Do rąk wpadł mi ostatni Bond z Pierce’em Brosnanem z 2002 r. To już tyle czasu minęło. Pamiętałem z niego głównie znikającego Astona Martina, obiekt śmiechu i krytyki. Uważano, że producenci poszli w kierunku groteski w przedstawianiu postaci tajnego agenta, ale każda konwencja z czasem popularności eksploatuje się i przechodzi w parodię. Lubiłem brosnanowskiego Bonda, choć kiedy producenci wykonali reboot serii z Danielem Craigiem – zwrot w kierunku realizmu jakim cieszyła się trylogia o Jasonie Bournie - byłem zadowolony z odmiany i polepszenia wizerunku brandu jakim jest Bond.

czwartek, 7 stycznia 2010

Bond Nr 23

James Bond będzie walczyć z kryzysem wieku średniego?

Trwają przygotowania do kolejnej odsłony przygód Jamesa Bonda. W roli głównej oczywiście Daniel Craig, którego realistyczny bohater znacząco ożywił nieco skostniałą serię. Kontynuując trend zapoczątkowany przez poprzednią część („Quantum of Solace”) producenci chcą powierzyć reżyserię twórcy, który nie miał dotąd w dorobku filmów akcji. Miałby nim być zdobywca Oskara Sam Mendes, autor takich filmów jak czy „Magnolia”, „Jarhead” czy „Droga do zatracenia”. Jak podaje Guardian, Mendes raczej nie przedstawi Bonda jako żyjącego na przedmieściach superszpiega z kryzysem wieku średniego. Zdjęcia mają się rozpocząć już w czerwcu.